Ta wyprawa nie była tylko urlopem. Nie była też zwykłym rejsem po ciepłych wodach, gdzie ładne zdjęcia same się robią, wspomnienia są miłe, ale powierzchowne. To była lekcja życia w wersji przyspieszonej. Dwa tygodnie skondensowanych emocji, bliskości, zmęczenia, zachwytu i zaufania. Bez ucieczki, bez resetu w hotelowym pokoju, bez „każdy sobie”.
Karaiby pokazały nam wszystko naraz: piękno i biedę, luksus i prowizorkę, spokój i żywioł, naturę, z którą nie da się wygrać, i ludzi, którzy nauczyli się z nią żyć. Nauczyły pokory wobec planów, bo tam plan zmienia się z wiatrem. Dosłownie. Pokazały, że niewygoda, choroba morska, brak snu, zepsuta toaleta czy kończąca się woda nie mają znaczenia, jeśli obok masz właściwych ludzi.
Największą wartością tej wyprawy nie były miejsca – choć były obłędne. Nie była nią też pogoda, jedzenie czy widoki z pocztówek. Największą wartością była załoga. Dziesięć osób zamkniętych na małej przestrzeni, które przez dwa tygodnie nie pokłóciły się ani razu. Wspólne decyzje, odpowiedzialność, troska o siebie nawzajem, śmiech, zmęczenie i wzajemna pomoc – to był luksus większy niż pięciogwiazdkowy hotel.
Wracaliśmy inni. Trochę spokojniejsi, trochę bardziej wdzięczni, z większym zaufaniem do ludzi i z poczuciem, że dobrze dobrana ekipa potrafi unieść wszystko – nawet fale w środku nocy i wiaderko pełne cudzych genów. To była wyprawa, która zostaje pod skórą. Taka, do której będziemy wracać myślami wtedy, gdy zrobi się zimno, głośno, ciasno i za szybko.
I jeśli ktoś mnie zapyta, czy było warto – odpowiem bez wahania: to była jedna z tych przygód, które definiują całe lata, a nie tylko dwa tygodnie w kalendarzu.
PS. Zdjęcia wykorzystane w tym artykule były robione przez wszystkich członków załogi. Więc dziękuję wszystkim za wkład w ten artykuł, który wnieśli.
Dziękuję. Sylwia, Polcia, Lidzia, Baczu, Pszczoła, Jastrząb, Aga, Jarek, Pit
No i my. Syla, czyli ja – cicha obserwatorka, która właśnie próbuje tę wyprawę zamknąć w słowach. Ta, której nie zawsze wszystko wychodzi, ale jak już wyjdzie, to z przytupem. I Pit, mój mąż. Jedyny i niepowtarzalny. Człowiek, który pomoże w każdej sytuacji – czy trzeba chwycić boję, przeciągnąć linę, rozstawić żagiel, podać wiaderko na rzygi czy wyciągnąć czapkę zza ogrodzenia. Zawsze możesz na niego liczyć. Aqua man w wersji pół Łodziak, pół Kaszub. Człowiek, który pokazał, czym jest bezinteresowna dobroć i pomoc — praktycznie wszystkim podczas tego rejsu.
Z taką załogą ten rejs nie mógł być porażką.
Byliśmy skazani na sukces.
Następnie Aga i Jarek. To dzięki nim my również znaleźliśmy się w tej załodze. Razem z Agnieszką pracuję, i to ona napomknęła o rejsie, a ja się wkręciłam. Aga to osoba bardzo empatyczna, ale jednocześnie myśląca strategicznie. Dzięki niej nasza praktycznie wojskowa operacja żywienia całej załogi osiągnęła sukces – nikt nie chodził głodny. Ma też doświadczenie żeglarskie, bo razem z Jarkiem pływa od wielu lat. No i Jarek. Człowiek, który sam w sobie jest jak pomnik. O aparycji i wyglądzie szefa wszystkich szefów. Na zdjęciach prezentuje się jak model. Ogólnie (co tu dużo mówić) jest zajebisty i wcale tego nie ukrywa. Wie, jak działa silnik, ogarnia wiatr i łodzie. Doświadczony żeglarz. To on uczył nas wszystkiego przed wyjazdem na Mazurach.
Kolejna para to Pszczoła i Jastrząb. Jedno i drugie uskrzydlone. Jedno i drugie lata i nieustannie poszerza swoje horyzonty. On – najbardziej doświadczony z nas, również żeglarsko. Ona – wolny duch, wnoszący radość i optymizm do naszej grupy. Realistyczne podejście Jastrzębia często nas uziemiało, a lekkość bycia sobą Pszczoły unosiła nas w chmury. Pszczoła w sposób wybitny przyczyniła się też do wspierania lokalnej ludności poprzez kupowanie pamiątek – społeczność wyspiarska na pewno jest jej za to wdzięczna. Ta para wybitnie się uzupełnia.
Teraz będę jechać parami, bo reszta składu to małżeństwa lub prawie małżeństwa. Dwoje z nich nawet się zaręczyło w czasie tego wyjazdu – i pięknie. Dlaczego mieliby mieć lepiej niż inni? Zaczynamy od nich.
Bączu i Lidzia. On – mężczyzna o cudownych, leczących dłoniach (fizjoterapeuta), o przemiłej aparycji, kochający gotować, jeść, robić zdjęcia i filmy. Nieprzeciętny gawędziarz, laudator. Ona – kobieta prawie idealna. Gdyby była samochodem, byłaby Ferrari. Pewna siebie, asertywna i nieugięta w dążeniu do celu. To oni postanowili spędzić ze sobą resztę życia. Razem z nami byli częścią załogi i wspierali nas swoją wiedzą i pomocą w czasie rejsu. Przynajmniej wtedy, kiedy nie płynęliśmy, bo podczas przelotów fale ich lulały i woleli spędzać ten czas w kajucie. Aż nastał ten wielki moment, kiedy Lidzia chwyciła ster i poczuła, że kierowanie łodzią jest zajebiste. Michał chyba wtedy poszedł się położyć, ale nie pamiętam dokładnie. Pamiętam za to uśmiech Lidzi, gdy trzymała ster w swoich rękach. Ona chyba to naprawdę lubi.
Kolejna osoba z załogi to Polcia – kobieta Terminator. Emerytka (ale nie w wieku emerytalnym), bo zaliczyła prawie wszystkie służby mundurowe w Polsce. Była policjantką, strażakiem i jeździła na karetkach jako ratownik medyczny. Od zawsze trenuje sztuki walki. Prowadzi szkolenia z zakresu BHP, obrony cywilnej i pierwszej pomocy, a także obstawia imprezy masowe jako ochrona. To ona zdobyła Petit Piton na tej wyprawie! Dzięki niej czuliśmy się bezpiecznie – gdyby cokolwiek się wydarzyło, była gotowa nas zabezpieczyć. No i Polcia kocha żółwie, a tych na tej wyprawie było co niemiara. Na sam koniec, na lotnisku, kupiła koszulkę wspierającą opiekę nad tymi gadami. Pomagałam jej ją wybrać.
Nasza kapitan – Sylwia. Pełna charyzmy i spokoju. Starannie przewidywała wszystkie niedogodności, jakie mogły nas spotkać, i znajdowała rozwiązania w trudnych, nieuniknionych sytuacjach. Sama łódź okazała się nieidealna. Odsalarka nie dawała rady z produkcją wody, akumulatory potrafiły się rozładowywać, toalety słabo mieliły (nasza działała najlepiej) – ogólnie: typowa czarterowana łódź. To był pierwszy rejs Sylwii katamaranem, i pierwszy poza Europą, który zorganizowała i prowadziła. I – co najważniejsze – dała radę. Dziewięć osób zadowolonych. Sto procent efektywności. Pokazała klasę i profesjonalizm. Prywatnie Sylwia interesuje się psychiką ludzką i szkoli się, by w przyszłości pracować z ludźmi.
Jedzenie lokalne. Głównie ryby. Ale przygotowane po karaibsku – przepyszne. Świeże, idealnie doprawione. Nawet Piotrek zjadł całą rybę, a to wydarzenie historyczne, bo ryby to nie jest jego ulubiona bajka. Do tego lobstery, wielkie krewety. Jedliśmy w miejscu pod namiotem z grillem – było genialnie. Kobieta, która prowadziła ten lokal, opowiadała, że kiedyś miała restaurację, ale straciła ją przez huragan. Teraz ma grill na plaży. Jakość – top. Rozmawialiśmy dużo z wyspiarzami, po angielsku i francusku (wszyscy mówiliśmy po angielsku i parę osób po francusku), więc bariery językowej praktycznie nie było, dlatego uważam, że dość nieźle zapoznaliśmy się z lokalsami.
Teraz pora na opisanie całej naszej załogi. Część czytających ten artykuł właśnie na to czeka. Bo była to zbieranina ludzi nieprzeciętnych i każdy z nas wniósł do tej wyprawy coś szczególnego, charakterystycznego. Dlatego ten wyjazd był prawdziwą przygodą życia.
Z ciekawostek, które jeszcze bardzo chcę opisać, były nasze podwodne testy freedivingowe. I tu Piotrek był absolutnym królem wody. Pływał pięknie. W każdym możliwym miejscu. Zaczepiał żółwie (w granicach dobrego smaku), podglądał rybki z bliska, eksplorował nawet wrak dość dużej łodzi. Patrzyłam na niego z góry – dosłownie i w przenośni – i myślałam sobie, że jakby chciał, to mógłby tam chyba zamieszkać.
Ja… no cóż. Na początku wyjazdu szło mi naprawdę dobrze. Spływałam ładnie, czułam się pewnie. Nie raz przyniosłam na powierzchnie piasku z dna. Aż mniej więcej w połowie dopadła mnie infekcja ucha, która trwa do teraz gdy piszę ten artykuł. Przykre, bolesne i bardzo frustrujące. Przez część wyjazdu w ogóle nie wchodziłam do wody. Ale! Nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała czegoś innego. Zaczęłam pływać na SUP-ie. Pierwsza próba? Wywrotka. Klasyk. Ale się nie poddałam.
Było też jedno miejsce, gdzie weszłam do wody mimo świadomości, że ucho nie jest w pełni zdrowe. I nie żałuję ani przez sekundę. Zatoka Cochon na St. Lucii. Jedna z najładniejszych raf, jakie widziałam na Karaibach. Czasem po prostu wiesz, że warto zaryzykować (choć nie polecam – zdrowie jednak ważniejsze).
Warta opisania jest też jeszcze jedna przygoda i miejsce. Trzy kraje, trzy różne waluty. Na Martynice euro, na Grenadynach, St. Vincent i St. Lucii – dolary karaibskie. Najlepiej wymieniać dolary albo wypłacać z bankomatu, o ile ma się w miarę sensowne konto w Polsce i prowizje nie zjadają połowy budżetu. No i jak to w życiu – czasem coś się niedoszacuje. Gotówka zaczęła się kończyć, a była potrzebna na bojki, napiwki i miejsca bez terminala.
Popłynęliśmy więc na Canouan – bankomat, a przy okazji krótki trekking. I to był jeden z tych momentów, kiedy naprawdę zobaczyliśmy codzienne życie wyspiarzy. Niedziela. Spokój. Psy, koty, kozy, żółwie (przeciętny zestaw podwórkowy). Gadów tych było tam od groma – serio, trzeba było uważać, żeby któregoś nie zdeptać. Jednego żółwia Piotrek nawet wyciągnął ze studzienki kanalizacyjnej. Uratowany. Widoki na ocean – przepiękne. Warto było się przejść.
No i Piraci z Karaibów. Ten region bez nich po prostu nie istnieje w wyobraźni. Jedna z serii filmów wszech czasów – ja uwielbiam. Odwiedziliśmy dwa miejsca bezpośrednio związane z planem filmowym. Pierwsze to Wallilabou Bay na St. Vincent – miejsce kręcenia pierwszej części. Dziś atrakcja turystyczna z restauracją w pirackim klimacie, i nieopodal pięknym ogrodem z niewielkim wodospadem. I dżungla. Dżungla, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie.
Drugie miejsce to wyspa Jacka Sparrowa. Ta, na której go zostawili, żeby umarł — a jak wszyscy wiemy, znalazł tam beczkę rumu i się wydostał. Da się tam dopłynąć z Petit Tabak, ale raczej tylko motorówką. Dingi (ponton z przyczepionym silnikiem) mógłby nie dać rady z falami. Zapłaciliśmy lokalsom. Wyspa jest surowa: krzaki, szałas, miejsce na ognisko. To tam zobaczyliśmy małego rekina, pływającego przy kamienistym brzegu. Ja wykorzystałam wietrzną pogodę i puszczałam latawiec. Na początku walka, potem sukces – poleciał wysoko, jakieś 30 metrów, prawie cała linka poszła. Wyspa pośrodku niczego, z niczym. Ale warto było ją zobaczyć.
My odwiedziliśmy miejsca skrajnie różne. Od totalnego syfu po standard pięciu gwiazdek. Jedna z naszych koleżanek miała poważne problemy jelitowe i tylko miejsca o naprawdę wysokiej jakości były dla niej w miarę bezpieczne. I tak jednego dnia sączyliśmy piña coladę w pięciogwiazdkowym hotelu, a następnego siedzieliśmy w barze u Antka, gdzie ujarany starszy pan częstował lokalnym samogonem (rum własnej roboty) i puszczał Perfect, gdy tylko pojawił się jakiś Polak. Marketing tej spelunki ewidentnie ogarnęli Polacy – i trzeba przyznać, że działa. Każda polska załoga tam trafia i zostawia trochę grosza.
Ciekawą przygodę ze zmianą standardów przeżyliśmy też na St. Lucii. Zwiedzaliśmy wyspę, wycieczkę wykupiliśmy od lokalsa. Był wulkan, chodzenie między gejzerami i wyziewami siarkowymi, kąpiel w ciepłych wodach z siarką i błotem wulkanicznym, wodospad, ogród botaniczny. A nasza Polcia… zdobyła Petit Piton. I nie, to nie był treking. To była praktycznie wspinaczka.
Po tych wszystkich błotnych kąpielach, spoceni, pachnący siarką (a właściwie walący nią na kilometr), trafiliśmy – z powodów wcześniej wspomnianych zdrowotnych jednej z nas – do ekskluzywnej restauracji na dachu. I to było jedno z tych surrealistycznych uczuć: siedzisz uwalany błotem, bez majtek (bo po siarce mokra bielizna to zło absolutne), pijesz zimnego Guinnessa, a Lidzia spokojnie je rybkę. Karaiby w pigułce. Chaos, kontrasty, słońce, morze i piach.
Bieda jest widoczna (szczególnie gdy zatrzymaliśmy się w Clifton – tam chcieliśmy kupić wodę, bo odsalarka nie działała tak efektywnie jak powinna). To są tereny regularnie nawiedzane przez huragany. Życie wygląda tam inaczej niż u nas. Domy nie są okazałe, raczej prowizoryczne – i nie dlatego, że ludziom się nie chce, tylko dlatego, że są ciągle odbudowywane. Z żywiołem niewiele da się wygrać. Widać, że nie przywiązuje się tam ogromnej wagi do „na lata”, bo wszystko może zniknąć w jeden dzień. Ważne, żeby dało się szybko odbudować. Kanalizacja – w miastach bywa, ale nie wszędzie. Deszczówka? Zbierana bardzo skrupulatnie – widziałam mnóstwo zbiorników. No i psy. Psy są wszędzie. Dużo ich. W większości zadbane. To taki nieoficjalny znak rozpoznawczy Karaibskich wysp.
Ludzie. Spotkaliśmy ich wielu, rozmawialiśmy, obserwowaliśmy. Są trochę inni niż my. Bardziej pewni siebie – takie mieliśmy wrażenie. Dredy, Rasta, zapach marihuany – to też element krajobrazu. Co ciekawe, na Karaibach ten zapach wcale mnie tak nie uderzył i nie oburzył, jak wcześniej w USA. Tam poczułam go dosłownie w momencie otwarcia drzwi lotniska. Na Karaibach – dopiero w taksówce. Trawka jest tam traktowana trochę jak u nas kawa. Klimat sprzyja hodowaniu własnych krzaczków, a handlarze proponują zakup praktycznie wszędzie. Zauważyliśmy też coś ciekawego: najczęściej ujarani byli starsi, tacy czterdziesto- i pięćdziesięciolatkowie. Młodzi, których widzieliśmy, to głównie pracujący ludzie w uniformach oraz dzieci i młodzież w szkolnych mundurkach. Młode pokolenie wydaje się chcieć od życia więcej i podchodzić do niego trochę inaczej niż starsi.
Zarabianie na turystach wygląda klasycznie: pomoc przy bojach i cumowaniu, jedzenie – ryba albo lobster, bransoletki z koralików, rękodzieło, owoce. Wiadomo – jako turysta przyjeżdżasz i wspierasz właśnie tych ludzi. To jeden z uczciwszych sposobów zarabiania. Rozglądaliśmy się też, czy są żebrzący. W Soufriere widzieliśmy kilka takich osób, ale nikt nas nie zaczepiał. Albo nie wyglądaliśmy na takich, co mogą coś dać – poza ciepłym słowem.
Najczęściej słyszane hasła?„All good, all good” i „What is your plan today?”A jak odpowiadało się, że nie ma planów – od razu pojawiała się propozycja: ryba, wycieczka, owocki.
I teraz najlepszy plot twist tej historii: sami doświadczeni żeglarze. Tacy, co to nie pierwszy rejs, nie pierwsze fale i nie pierwsza choroba morska. Każdy z nich już kiedyś to przeżył. A mimo to… dalej chcą na łajbę. Dobrowolnie. Z własnej woli. Chyba naprawdę trzeba kochać morze, żeby po takich przeżyciach powiedzieć: „tak, poproszę jeszcze raz”.
W końcu, około godziny ósmej rano, udało nam się dopłynąć do Bequii i zacumować przy boi. Żołądki się uspokoiły, twarze wróciły do normalnego koloru, a my zeszliśmy na ląd. Pierwszy krok na karaibskiej ziemi, po tej nocy, smakował jak nagroda. I wtedy już wiedzieliśmy – skoro przetrwaliśmy TO, dalej może być tylko lepiej.
Teraz skrót naszej podróży. Nie będę opisywać każdego dnia po kolei, bo trwałoby to zbyt długo i po pewnym czasie zrobiło nudne. Trzy kraje: St. Vincent i Grenadyny, St. Lucia i Martynika (Francja terytorium zamorskie). A po drodze miejsca, w których cumowaliśmy: Bequia, Canouan, Palm Island i krótki postój w Clifton, Petit Tabak (tuż obok rezerwatu żółwi), potem St. Vincent – dwa dni w różnych zatokach, St. Lucia – na pewno Soufriere, Rodney Bay, Marigot Bay, a na końcu powrót na Martynikę. Plan był… bardzo umowny i elastyczny. Zmieniał się z dnia na dzień, a czasem z godziny na godzinę. Jestem pewna, że część miejsc pominęłam – siedzą mi w głowie obrazy, zapachy i kolory, ale nazwy gdzieś się rozmyły. Może jak zacznę opisywać wrażenia, to jeszcze wypłyną.
Bo Karaiby to wcale nie tylko palmy i biały piasek. Serio. To przede wszystkim małe, zielone wyspy, na których palmy oczywiście są, ale jeszcze więcej jest dżungli. Pięknej, gęstej, dzikiej. Takiej, która momentami przywołuje skojarzenia z Parkiem Jurajskim (wiem, kręcony był chyba na Hawajach, ale klimat się zgadza). Plaże? Oczywiście, piaszczyste, bajeczne. Cumowaliśmy zarówno w totalnej dziczy, gdzie nie było absolutnie nic, czasem jeden bar, jak i przy miasteczkach. I jest jedna żelazna zasada: im więcej ludzi, tym więcej śmieci. Tam, gdzie ludzi było mało – śmieci praktycznie nie było. Dlatego uważam, że Karaiby są jednymi z czystszych miejsc, jakie widziałam. Dla porównania – Azja Południowo-Wschodnia mnie pod tym względem przeraziła.
Widoki? Niesamowite. Woda raz błękitna, raz szmaragdowa, czasem zupełnie przejrzysta. Rafy są, ale… nie są spektakularne. I tu małe rozczarowanie – spodziewałam się więcej. Za to fauna nadrobiła z nawiązką. Widzieliśmy żółwie – zarówno lądowe, jak i morskie, manty, płaszczki, małego rekinka, skrzydlice, pokolce we wszystkich kolorach tęczy i mnóstwo innych rafowych rybek. Na lądzie standardowy zestaw: psy, koty, kozy i żółwie – wszędzie, na podwórkach, przy drogach, pod domami.
Pierwszy dzień na morzu — jako załoga. Pierwsze godziny na katamaranie, pierwsze rozwinięcie żagli, pierwsze wachty, pierwsze „ooo, to tak się buja?”. No właśnie – buja. I to jak. Bardzo szybko okazało się, że odporność na kołysanie to towar deficytowy. Choroby morskiej nie mieli tylko: ja, Piotrek i Pani Kapitan. Cała reszta… rzygała równo. Siedem osób. Jak jeden mąż. Najgorzej oczywiście w nocy, bo wtedy organizm ma już dość wszystkiego naraz – emocji, fal i tej wizji, że to dopiero początek.
Ja miałam wieczorną wachtę, skończyłam koło północy i poszłam się położyć, bo następną zaczynałam o szóstej rano. A z całym tym rzygającym towarzystwem został Piotrek. I tu należy mu się osobny akapit chwały. Grzecznie nosił miski i wiaderka, podawał papierki do wycierania ust, uspokajał, a w międzyczasie… razem z Panią Kapitan ogarnął jeszcze dwie wachty. Kiedy rano wstałam i to usłyszałam, naprawdę nie mogłam uwierzyć. Jak?! Kiedy?! Po co?!
Najlepsze (a właściwie najgorsze) było to, że nawet nasza Kapitan złapała „pawika” w trakcie opróżniania jednego z wiaderek. A to już nie był zwykły pawik, tylko taki zbiorowy. DNA od każdego. Masakra absolutna. Serio, obraz, którego nie da się odzobaczyć.
Samo pływanie po Morzach Karaibskich? Sztos. Absolutny. My, Polacy, naprawdę lubimy żeglować, i było to widać na każdym kroku. Polskie załogi przewijały się przez niemal każdy większy port, częściej, niż by się można było spodziewać. Miałam też wyraźne wrażenie, że jako tacy turyści - żeglarze, a nie tylko „all inclusive” - byliśmy tam po prostu lubiani. Może to kwestia podejścia, może rozmów a może tego, że aktywne spędzanie czasu pod żaglami nie jest dla wszystkich, tylko tych, którzy ponad komfort cenią kontakt z naturą. To nie są wczasy w kurorcie, tu często trzeba popracować, mięsień zaboli, siniaka nabijesz, a spać zawsze idziesz zmęczony.
Plan podróży wyglądał pięknie… na papierze. Start w Le Marin na Martynice. I już na samym początku – a właściwie jeszcze przed startem – rzeczywistość postanowiła nas przetestować. Samolot z Paryża do Fort-de-France był opóźniony o ponad siedem godzin. Sprawy administracyjne, ewidentnie wina linii lotniczych, reklamacje złożone (przez nas i zapewne przez pozostałych ponad 250 pasażerów). Przez długi czas nie byliśmy pewni, czy w ogóle polecimy. Plany awaryjne pojawiały się w naszych głowach. Na szczęście się udało, choć zamiast popołudnia wylądowaliśmy w środku nocy. Szybki taxi bus, hotel, krótki sen i następnego dnia – odbiór łajby.
Rano spotkaliśmy pozostałą dwójkę z naszej załogi, która dotarła na Martynikę wcześniejszym lotem. Była radość, były uśmiechy i to uczucie, że właśnie zaczynamy jedną z tych wypraw, które zostają w głowie na całe życie. Droga do portu – skorzystaliśmy z tego samego taksówkarza, co nas wiózł z lotniska, zresztą gdy wracaliśmy, też skorzystaliśmy z jego oferty. Wzięliśmy od niego numer, i pisaliśmy dzień wcześniej, że potrzebujemy transportu, bardzo miły człowiek. Butelkę rumu ananasowego od niego dostaliśmy, gratis do przewózki. Był zawiedziony, że nie mieliśmy ze sobą naszej Żubrówki. Pamiętajcie, gdy jedziecie na Karaiby, warto wziąć Żubrówkę na prezent. Potem zakupy. I to nie byle jakie. Zrobienie zapasów na dziesięć osób, na dwa tygodnie to jest logistyka na poziomie małej operacji wojskowej. Ograniczone miejsce w lodówce, jeszcze bardziej ograniczone schowki, a do tego konieczność pamiętania o wodzie, która jest absolutnie kluczowa. Na trasie nie było przewidzianych większych sklepów – i praktyka to potwierdziła. Czasem udawało się dokupić owoce, czy pieczywo, ale cała reszta musiała być ogarnięta przed wypłynięciem.
Plan był ambitny: wyruszyć z samego rana następnego dnia i od razu zrobić najdłuższy, ponad 24-godzinny przelot na Grenadyny. Życie jednak szybko zweryfikowało te założenia. Musieliśmy czekać na techniczne wydanie jachtu. Na Karaibach jest to ponoć oczywiste, że jeśli masz w umowie konkretną datę, to realny odbiór następuje… dzień później. Kierownik czarteru mówił, że wszyscy się na to denerwują. Skoro wszyscy się denerwują, to może warto jednak zawrzeć tę informację w umowach? Taka luźna sugestia.
Ostatecznie wypłynęliśmy około południa. W naszą pierwszą morską wyprawę jako załoga – mówię tu o mnie i Piotrku, bo reszta była już w tej kwestii „rozdziewiczona”. I choć nie wszystko poszło zgodnie z planem, to właśnie od tego momentu zaczęła się prawdziwa "Karaibska przygoda".
Styczeń. W Polsce zima w pełnej krasie – czapki, szaliki, zmarznięte dłonie i to charakterystyczne pytanie: dlaczego ja tu w ogóle mieszkam? My odpowiedzieliśmy sobie na nie bardzo prosto. Uciekliśmy (ta ucieczka, to ponad rok była planowana). Dosłownie. Ze skrajności w skrajność. Z minusowych temperatur prosto w Karaibskie lato, gdzie różnica sięgała… Spokojnie pięćdziesięciu stopni Celsjusza. I wiecie co? Urlop w styczniu to jest absolutny game changer. Polecam każdemu, kto tylko może sobie na to pozwolić – psychika dziękuje, znajomi i rodzina zazdroszczą.
Naszym "domem" był katamaran. Dziesięć osób, w tym kapitan, zamkniętych na dość ograniczonej przestrzeni przez dwa tygodnie. Brzmi jak przepis na katastrofę? Trochę tak. A wyszło… jak najlepiej! Życie na katamaranie to trochę jak komuna, a trochę jak rodzina – tylko taka wybrana, więc jednak przyjemniejsza. Wspólne gotowanie, wspólne koszty, wspólne poranki z kawą i wspólne zachody słońca z piwkiem, rozmową. Ogromny sukces tego wyjazdu polegał na tym, że przez dwa tygodnie, nie pojawił się ani jeden większy konflikt. Serio. Zero dram, zero cichych dni. To się naprawdę rzadko zdarza.
Strona www stworzona w kreatorze WebWave.